sobota, 19 lutego 2011

(Przypalone?) Ciasteczka na styl włoski, czyli mozzarella, parmezan i suszone pomidory

Ciasteczka te znalazły się na stole imieninowym, obok fondue czekoladowego i innych dodatków, które z pewnością wrzucę na bloga. Trzeba było wykombinować kilka różnych przekąsek. Nie lubię przygotowywać dań głównych i czasochłonnych dla większej grupy ludzi, a zazwyczaj takie mnie nawiedzają (tak, wiem, że dojazd na Mój Prywatny Koniec Świata to całodniowa wycieczka, choć są tacy, co wpadają tu bez tygodniowych przygotowań :P). Dlatego specjalizuję się już chyba w daniach błyskawicznych, a w lodówce zawsze staram się mieć coś, co wystarczy po prostu ze sobą wymieszać/włożyć do piekarnika, by poczęstować gości. Przydaje się też regularnie uzupełniany i poszerzany w asortymencie koszyk z przyprawami :P Ale to dla mnie akurat czysta przyjemność :)
Rzadziej zdarza się, że przygotowuję coś pracochłonnego i raczej muszę doznać najpierw pewnego rodzaju natchnienia oraz mieć nadmiar wolnego czasu (ehh..). Takie "gotowanie" (byle szybciej) wymaga zatem wcześniejszego pomyślunku, a czasem także odpowiedniego sprzętu, ale ma zalety - można podczas jednego posiłku łączyć różne smaki, a to jest akurat to, co lubię w kuchni najbardziej. Poza tym, do tego rodzaju "planowania" może się przyzwyczaić nawet najmniej planująca osoba na świecie ;)


Ciasteczka te miały przywołać włoskie aromaty. Chciałam też, żeby przekąska była ciepła. Jednocześnie musiała spełniać dodatkowy wymóg - musiała być szybka i prosta w wykonaniu, gdyż czekało mnie sprzątanie po remoncie łazienki (yeah:/), porządki przed przyjęciem gości i inne "przyjemności", o których nie wspomnę. Ciastka zdały egzamin - przygotowuje się je w kilka minut, a czas oczekiwania to praktycznie pieczenie.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przedobrzyła (czyt.: nie spierniczyła). Ciasteczka przez chwilę były chrupiące i smaczne:



ale potem postanowiłam je jeszcze raz podgrzać tuż przed podaniem, co zakończyło się sromotnym przypaleniem... Z pomocą przyszła kuzynka Kasia, która kiedy to ja walczyłam z innymi przygotowaniami, każde ciastko z osobna, skrupulatnie obskrobała z czarnego syfu (zwariowałabym musząc skupić się na takiej czynności dłużej niż 5 sekund:/) i pociachała na części. W ostateczności wyglądały one następująco:


Składniki:
- opakowanie ciasta francuskiego
- sos pomidorowy*
- 4 łyżki parmezanu
- 2 mozzarelle
- świeże oregano
- chili
- jedno żółtko

*sos pomidorowy:
- dwa suszone pomidory (opcjonalnie)
- 2 łyżki koncentratu pomidorowego
- sól do smaku
- łyżka bazylii
- ząbek czosnku

Przygotowanie:
Ciasto francuskie rozwałkować jeśli jest taka potrzeba i pociąć na małe, prostokątne kawałki. Ja zakupiłam takie ciasto, które złożone jest w prostokąty, które po prostu rozmroziłam i pocięłam każdy na trzy - tak powstały małe prostokąciki. Potem należy ułożyć je na blasze i posmarować przy pomocy pędzelka (łapska) rozbełtanym jajkiem. Dzięki temu ciasto będzie miało ładny, złoty kolor. Włożyć do nagrzanego do 180 st piekarnika na 10-15 minut i piec aż będą złote.

Suszone pomidory i czosnek drobniutko posiekać, wymieszać z koncentratem pomidorowym, bazylią i dosolić do smaku. Ostatecznie możesz zrezygnować z suszonych pomidorów i posmarować doprawionym koncentratem, też będzie :)

Upieczone prostokąty posmarować przy pomocy pędzelka pomidorową masą, posypać parmezanem, mozzarellą i zwieńczyć gałązką oregano. Piec 10 min. w piekarniku nagrzanym do 180 st.

Czas: do 30 min (w tym 5 min. przygotowań)
Przygotowanie: proste
Dostępność składników: łatwa