Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJA FLORENCJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOJA FLORENCJA. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2011

Bellini drink i porcja mnie

Powinnam dziś pisać pracę, ale coś mi nie idzie.. Pomyślałam, żeby zaprosić promotora na bloga ;) Nie pytam co sądzicie, mam też nadzieję, że tu jednak nie trafi. Choć człowiek z niego tak ciekawy, że nie zdziwiłoby mnie to jakoś drastycznie.. Ale nie o tym.

Przyznaję, że we Florencji nastał "dzień, w którym pękło niebo". Pomyślałam wtedy, że jestem rąbnięta. To znaczy myślę tak na ogół o sobie, ale wówczas chodziło mi o inny rodzaj porąbania niż wtedy, kiedy robię coś inaczej niż każdy inny n o r m a l n y człowiek.
W każdym razie w tamtej chwili zanosiłam się od płaczu i sądziłam, że spektakularna ucieczka w słońce nie zdała się na nic. I że w związku z tym nie ma już dla mnie nadziei. Że jestem 1300 km od domu i nie mogę nawet powyć mojej mamie do telefonu. A jak powyję w słuchawkę siedząc we Włoszech, w których miało być tylko (i wyłącznie!) lepiej, to i jej pęknie serce z żalu, bo tak bardzo zamartwiała się o mnie już wcześniej, że zrobiłabym wszystko, dosłownie wszystko, żeby udowodnić także jej, że stanę na nogi. Toteż starałam się nie wyć.


Tego rodzaju myśl dopadła mnie we Florencji jednak tylko raz.
Dopadła mnie tuż po tym, jak spełniłam swoje marzenie, czyli poszłam do Arena di Verona. (Nie jestem Francis, to nie kupię sobie Bramasole w Toskanii. Nie jestem też Elisabeth Gilbert, to "poszukując siebie" nie spędzę roku na podróżach po Italii, Indiach i Indonezji. Jestem biedną Polką; najwyższą formą luksusu na tamten moment był dla mnie bilet na Aidę :> A niżej wyjaśnię dlaczego o wspominam o tych kobietach..)

Tego dnia, kiedy to znów TO robiłam (czyt. wyłam), a od czego planowałam uciec, do Polski wracała moja przyjaciółka. Jej obecność przez pierwszych kilka dni trzymała mnie na nogach. Musiałam każdego ranka iść do szkoły, a resztę dnia spędzić z Polą. Za to z resztą, że się ze mną do Florencji wybrała będę jej dozgonnie wdzięczna.
No więc.. ryczałam jak bóbr wypominając sobie swoją żałość do momentu, aż zupełnie obcy człowiek wstrząsnął mną tak, że do końca wyjazdu nie wylałam już ani jednej łzy ze złości.
Potem już tylko się bałam.. ale jednocześnie gdzieś tam zaczęło mi się.. chcieć żyć? Tak, to jest bardzo dobre określenie.

W tym miejscu powinnam chyba opisać jak mną wstrząsnął, ale to w sumie nie jest tak istotne, jak to że od tej pory jestem każdego dnia odważniejsza i szczęśliwsza :) Po prostu.

I że jestem znów taka sama jak kiedyś. Chłonę całą sobą komplementy od starych przyjaciół o tym, że już jest ok. Cieszę się i dziękuję Bogu, ze dają mi na każdym kroku odczuć, że dostrzegają moją pracę wykonaną przez ostatni długi czas. I to, że zawsze, ale to zawsze, mogłam na nich polegać.

Dlaczego o tym wszystkim piszę?
Moja ukochana Natalka powiedziała dziś, że mówię o Włoszech coraz mniej.. Podrzuciła też wspaniałą lekturę E. Gilbert pod głupio-mądrym tytułem "Jedz, módl się, kochaj" (Możecie sobie wyobrazić pierwszy odruch..). Ale myślę o nich codziennie. Tak samo często myślę o tamtym dniu - zakończeniu pewnego etapu, oby bezpowrotnie :] Myślę o tym, jak ogromną mam nadzieję, że już nigdy nie sięgnę dna. A tak postrzegam swoje podejście do życia w okresie nieco-przed-florencyjnym. Ten strach sprawia, że ilość skumulowanej we mnie motywacji do działania samą mnie potrafi przerazić.

Ciekawa jestem czy wydarzy się kiedyś coś takiego, co sprawi, że będę mogła podróżować do Włoch regularnie. Mam na myśli pogodzenie tego, co kocham i czego nie chcę opuszczać w Krakowie z ewentualnymi aspiracjami zawodowymi i zwykłą radością, jaką odczuwam kiedy zbliża się szansa wyjazdu do Włoch.
Na chwilę obecną pozostaje mi jednak zanurzanie się w lekturach j/w, w których odnajduję po prostu cząstkę siebie. Śmieję się do rozpuku nad różnymi włoskimi anegdotami, rozumiem miłość do najpiękniejszego, najmuzykalniejszego języka na świecie i najtrafniejszych językowych metafor. I to, że można się go chcieć uczyć dla samej przyjemność nauki, a nie BO SIĘ MUSI. Zachwycam się włoskim żarciem, nawet jeśli idzie o jagnięce jelita wyglądające jak kupa.
Rozumiem co znaczy uszczęśliwiać się na siłę, ale rozumiem też co znaczy "stać się szczęśliwym człowiekiem" nie zauważając momentu, w którym to się konkretnie "zdarzyło". Płaczę nad smutnymi przemyśleniami bohaterek tych książek, które je rozjeżdżają niczym czołg, bo wiem jak to jest czuć się tak, jakby właśnie rozjechał mnie czołg.
I rozumiem też co znaczy "przestać ignorować siebie"...


I inne pierdoły, i inne bzdury, a jakże dla mnie istotne. Myślę sobie, że może to nie tylko fikcja? (i tu pojawia się nieśmiały uśmiech na mojej umaseczkowanej twarzy:>)


Na dzisiejszy prześwietny wieczór - drink Bellini. Ciekawskich
odsyłam tu. Zapraszam też na stronę Kuba Pichci, gdzie ów drineczek pozwolił mi wygrać film "Lo sono l'amore" (a jakżeby inaczej? :P). Drinek w przepisie Catherine Fulvio w swoim składzie białe brzoskwinie. Konia z rzędem temu, co znajdzie białe brzoskwinie w Krakowie! U mnie to, co było pod ręką. Też było dobre ;)

Składniki:

- 5 - 6 różowiuśkich brzoskwiń
- włoskie Prosecco
Przygotowanie:
Porządnie schłodzić wino oraz kieliszki do szampana, "zmrożony kieliszek ma w sobie jakąś tajemnicę" (Catherine Fulvio). Brzoskwinie obrać i zmiksować dokładnie, na delikatną konsystencję. Kieliszki do szampana wypełnić brzoskwiniami na wysokość ok 1/4 szklanki i zalać winem. Tyle!
Czas: 10 min

Przygotowanie: proste

Dostępność składników: łatwa



piątek, 4 lutego 2011

Moja Florencja, czyli makaron ze śmietanką i pancettą


Od powrotu z Florencji minęło już pół roku. Przedwczoraj odbyłam rozmowę z moim bliskim znajomym, który na stałe mieszka we Florencji. Stwierdzam nieśmiało, że za nim tęsknię :) Za jego gościnnością, wyobraźnią i nawet ciętymi komentarzami. Wspaniale zrobił mi pobyt wśród obcych ludzi, których poznałam tak nagle i którzy okazali się nietuzinkowi, ale też (na moje szczęście) po prostu dobrzy.

Wszystko teraz działa tak, że wystarczy skromny mailik, zwykły komentarz na fb, czy też krótka wymiana zdań z kimś "stamtąd", bym umierała ze szczęścia i kipiała radością przez następny tydzień. Wystarczy, żeby wszystko to, co mniej przyjemne okazywało się błahostką, a marzenia wydawały się osiągalne - wprost-proporcjonalnie do mojego zaangażowania. Generalnie żyję nadzieją, że kiedyś usystematyzuję swoje podróże do Włoch. Już nie mogę się doczekać następnej wizyty, nie tylko w Mojej Florencji.
Dziś na kolację będzie makaron ze śmietanką i pancettą, a'la U.


Składniki:
- paczka makaronu - 300g - wstążki, kokardki, rurki, kolanka, co tam masz..
- 200ml śmietanki
- 200g pancetty (włoskiego suszonego boczku)/ wędzonego boczku
- mała cebulka
- 2 ząbki czosnku
- oliwa do smażenia

Przygotowanie:
Makaron ugotuj al dente.
Na patelni, na niewielkim ogniu, na malutkiej ilości oliwy podsmaż posiekaną cebulkę i czosnek oraz pokrojoną w paski pancettę (czy też boczek). Kiedy cebula się zeszkli, a boczek podsmaży należy wlać śmietankę do smażenia i wymieszać całość. Tak potrzymać na ogniu jeszcze 3 minuty. Ewentualnie można doprawić do smaku, ale pancetta jest wystarczająco słona dla mnie.
Do sosu dodaj makaron (nie odwrotnie) i wymieszaj.
Smacznego!

Czas: 15 min
Przygotowanie: proste
Dostępność składników: pancettę kupisz w dużym markecie albo w sklepie włoskim

niedziela, 21 listopada 2010

Moja Italia czyli sugo i krajobrazy Chianti




Nie potrzebuję szczególnej okazji, aby wracać do wspomnień z Florencji. Zdjęcia przeglądam prawie codziennie i wciąż uśmiecham się do nich z takim samym rozczuleniem i radością. Właściwie niezależnie od tego czy wspominam samych Włochów, krajobrazy, konkretne sytuacje czy włoską kuchnię od razu czuję jakby toskańskie słońce zaglądało do mieszkanka na Moim Końcu Świata (ha, jakie to określenie jest prawdziwe...).

A ponieważ ostatnio w skrzynce mailowej pojawiły się znaki życia bliskich osób z Włoch, tym szerzej się uśmiecham! Jedna z wiadomości zawierała przepis na włoskie sugo, pod wdzięcznym i jakże istotnym tytułem "moje sugo" (ha!) i została opatrzona komentarzem, iż ów przepis jest sekretnym. Oczywiście, "pozwolono" mi się nim z Wami podzielić, a nawet go sobie przywłaszczyć jako osobiste, włoskie doświadczenie (hm, zasłużyłam, widać).
Cóż mogę rzec?

Sugo robiłam już kilka razy z różnych przepisów. Tak, nieraz usłyszałam, że w zakresie kuchni włoskiej muszę się jeszcze duuuuuuuużo nauczyć. Ale ponieważ usłyszałam to od osoby, która naprawdę rewelacyjnie gotuje to poczytuję sobie te słowa jako komplement.. no dobra, swoisty ten komplement :P
To sugo jest jednak naprawdę godne polecenia.
Cytując autora przepisu: "Agataaa, sugo to.. sugo".
Hm, sugo to sposób podania potrawy albo jej wykonania. Określenie 'al sugo' oznacza potrawę w dowolnym sosie - np. makaron z sosem pomidorowo-mięsnym. Istotnym szczegółem według mnie jest fakt, ze wszelkie sosy do makaronów stanowią rodzaj omasty. Sos nie jest podawany na wierzchu makaronu, a jest z nim wymieszany. Ilość sosu służy do połączenia składników potrawy, a nie sprawia, że makaron jest nim "przytłoczony" i całkowicie zdominowany, jak to się u nas przyjęło.

Tu przedstawiam zdjęcie makaronu z Nocy Świętego Lorenza - kolacji rozdawanej wszystkim zgromadzonym na placu św. Lorenza w jego święto.







Zanim podam receptę napatrzcie się jeszcze na Tosknię, a ściślej na Chianti (tu poczytaj o najbardziej znanym włoskim winie o tej samej nazwie) i wchłońcie to słońce, pod którym
la vita e bella!

















Składniki dla 4 osób:
- nieco ponad 0,5kg mięsa mielonego mieszanego (albo wołowego albo wieprzowego)
- 2 przeciery pomidorowe (pasty pomidorowe) - ok. 750 ml;
- 0,5 szklanki wina (w mojej wersji niekoniecznie);
- 1 średnia cebula;
- 0,5 łyżki masła, olej i sól
- bazylia
- (papryka chili, posiekany czosnek, zioła prowansalskie, pomidory pelati)
Przygotowanie:Umieścić olej na patelni z masłem i zagrzać. Dodać posiekaną cebulkę podsmażyć nieco i dodać mięso mielone. Kiedy wszystko jest nabierze koloru, wlać wino i dusić, aż odparuje (wino nie jest niezbędne). Następnie wlać przeciery pomidorowe i dodać sól. Gotować przez godzinę na bardzo małym ogniu, co jakiś czas mieszając.

Sugo jest sosem pomidorowym z niewielką ilością mięsa (jeszcze mniejszą niż powyżej), "moi" Włosi dodawali do sugo wyłącznie cebulę i bazylię, nie dodawali np czosnku. Ja natomiast lubię jego posmak i aromat, sama także przygotowuję wersję z większą ilością mięsa, doprawiam też papryczką chili. Nie zawsze dodaję także wino. Zagęszczam sos jeszcze bardziej pomidorami pelati (bez skórki).
Czas duszenia jest ważny, im
dłużej, tym lepiej. Najlepiej jest zostawić takie mięso nawet na pół dnia na maluśkim ogniu. Ja taką wersję przygotowuję jednak wyłącznie na specjalne okazje i wtedy, kiedy tęskno mi do Florencji. Sos po polskiemu, czyli doprawiony wg moich, wyżej opisanych upodobań, gęsty i treściwy, przygotowuję znacznie szybciej (można się zamknąć w 40 ze wszystkim), ale nie jest to już TO Sugo :)

Czas: 2h sugo, 40 min fast-wersja
Przygotowanie: proste
Dostępność składników: łatwa





Zdjęcia z Chianti - Martyna Mentel. Dzięki :*

środa, 3 listopada 2010

Florencja

Szczerze mówiąc nie wiem czy da się napisać coś odkrywczego na temat kuchni włoskiej. Zatem.. nie będę się starać, bo mógłby wyjść z tego pseudo-intelektualny bełkot. Podzielę się z Wami natomiast tym, co mnie urzekło we Włoszech - głównie w kulinariach, ale nie tylko :) Te przepisy, które mam, pochodzą od Włochów - moich znajomych, miłośników kuchni, kucharza, Pani z piekarni, czy z restauracji, w której pracowałam.

Co jakiś czas na blogu pojawi się przepis, czy nawiązanie do Florencji czy Toskanii. Czasem pozwolę sobie na bardzo osobiste uwagi, z góry proszę o wyrozumiałość.
Podchodzę do tematu bardzo ostrożnie, gdyż jest on wyjątkowo bliski mojemu sercu. Chciałabym być jak najbardziej precyzyjna i wiarygodna, pochwalić się nie tylko przepisami, ale też każdą chwilą mojego pobytu we Florencji, ponieważ absolutnie każda była nie tylko przyjemna, ale i ważna.
Florencja postawiła mnie na nogi, tam odzyskałam to, co wcześniej utraciłam. Tam także zrozumiałam co jest istotne, może to kwestia słońca? Albo śródziemnomorskiej spontaniczności (niezależnie od tego czy jest to śmiech czy wybuch złości)? Bo podczas mojego pobytu we Włoszech nic spektakularnego się nie wydarzyło, nie zakochałam się bez pamięci, nie byłam świadkiem żadnego wypadku, nie przeżyłam nic co mogłoby mnie tak przewartościować.. a jednak. Dlatego uznaję za konieczne napisać coś jednak o Mojej Florencji, dlatego też tak długo się do tego mobilizowałam.


Fakt, nie spędziłam tam dużo czasu, bo jedynie nieco ponad miesiąc (a może mi po prostu mało?), ale udało mi się ją poznać na pewno na tyle, żeby wiedzieć iż mogłoby to być Moje Miejsce Na Świecie. To troszkę niebezpieczne odkrycie dla osoby mojego pokroju. Na pewno wrócę tam nie jeden raz, nauczę się niejednego, bo bardzo, ale to bardzo bym chciała...
Dziś mały przedsmak...
Florencja to Galerria Uffizi ze zbiorami Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Rafaela czy Caravaggio, wspaniały (mój ulubiony) kościół Santa Croce z nagrobkami Michała Anioła, Galileusza, Gioacchino Rossiniego. To imponujące Duomo z Katedrą Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore)





..i Baptysterium Jana Chrzciciela - patrona Florencji (Battistero di San Giovanni Battista), w którym znajdują się nagrobek antypapieża Jana XXIII, dwa sarkofagi rzymskie oraz sarkofag biskupa Ranieri. Do wschodniej części prowadzą Drzwi Raju (Porta del Paradiso), wykonane przez Lorenzo Ghibertiego, z nazwą Michała Anioła:




oraz Ponte Vecchio - stary Most Złotników z korytarzem Vasariego łączącym Palazzo Vecchio z Palazzo Pitti, trasą rodziny królewskiej



Florencja to urokliwe uliczki, można rzec uliczeńki, romantyczne zakamarki, w których można natknąć się na zakochaną parkę ;)




to miasto z chyba największą ilością placów, pomnikami na każdym kroku





i maleńkimi, urzekającymi knajpkami (a każda wyjątkowa!). Tu moja ulubiona:



Florencja to muzyka - naprawdę byłam pod wrazeniem oferty koncertów otwartych; od muzyki poważnej do Leonarda Cohena. Wystarczyło po prostu wyjść z domu wieczorem i iść w kierunku centrum..

Gitarzyści umilający spacer turystom (naprawdę umilający) to Polacy, mijałam codziennie trzech panów na trzech różnych placach ;)



W regionie toskańskim otacza się niemal kultem Dante Alighieriego, Giacomo Pucciniego i Gioacchino Rossiniego. Tu sklep "z Puccinim" w Lucce.


I najpiękniejsze niebo na świecie



A to kilka dowodów na to, że jadłam i to całkiem nieźle ;)

Pasta z ragu (makaron z sosem pomidorowym i mięsem). Niebawem wrzucę przepis na podstawowe sugo (sos pomidorowy). Tu zdjęcie posiłku z kolacji z okazji obchodów święta Lorenza, rozdawanego wszystkim przechodniom





Pizza i focaccia, z dowolnym wierzchem




Pasty jeszcze więcej - tu lazania


Kanapka (tu Focaccia) i espresso - jeden z wariantów śniadania.



Przepyszne gnocchi


i, oczywiście, lodyyyyyyyyyyyyyy!!!


To tak w wielkim skrócie. Niebawem więcej.. :)
Przepisy też się pojawią.

poniedziałek, 13 września 2010

Tramezzini z chleba białego i Tramezzini di pane nero


Tramezzini to po prostu kanapka, z chleba podobnego do tostowego, ale bardziej wilgotnego (bez skórek, nie jak u mnie). Z dowolnym nadzieniem - serem, prosciutto, tuńczykiem, pastą jajeczną, pastą grzybową etc.



Wg Wikipedii:

Tramezzino jest kanapką składająca się z trójkątnych kromek chleba zawierające salami, ser, warzywa czy cokolwiek innego.
Kanapkę podawano w Cafe Mulassano na Piazza Castello w Turynie od 1925 roku, jako odpowiednik angielskich. Dziś kawiarnia oferuje ponad 40 rodzai tramezzini. Słowo "tramezzini" zostało wymyślone przez Gabriele D'Annunzio, aby zastąpić angielską nazwę "sandwich".

Ponieważ strona http://www.caffemulassano.com/ jest w budowie podrzucam raport Trip Report ze zdjęciami kawiarni Mulassano: http://theshot.coffeeratings.com/2008/01/caffe-mulassano/

Składniki na 2 osoby:
- 6 kromek chleba białego
- 2 plastry sera żółtego
- 2 plastry gotowanej szynki
- tuńczyk
- łyzka majonezu
- mała posiekana cebula
- łyżka soku z cytryny
Przygotowanie:
Wymieszać tuńczyka z sokiem z cytryny, majonezem i cebulką. Tak przygotowaną pastą posmarować dwie kromki pieczywa. Przykryć je następnymi kromkami pieczywa, na nich ułożyć szynkę i ser i przykryć jeszcze jedną kromką chleba. Tak przygotowaną kanapkę przekroić na dwa trójkąty, spiąć wykałaczkami i udekorować, np oliwką.
Pasta jajeczna: wymieszane jajko na twardo z łyżką majonezu, solą, pieprzem, odrobiną soku z cytryny.
Pasta łososiowa tu:
Pasta grzybowa: np 1odag kurek albo 10 dag pieczarek zesmażonych z cebulką, wymieszanych z 2 łyżkami min. 18% śmietany, doprawiona solą, pieprzem
Ponadto można dodać np. prosciutto crudo, mozarellę, pomidory, rukolę, krewetki, pastę gotową (kupną).. Wszelkie kombinacje zależą od wyobraźni i odwagi przyrządzającego.
Poniżej prezentuję przepis na tramezzino z chleba ciemnego z książki Lisy Biondi "Antipasti". Najpierw po włosku:
Ingredienti per 4 persone:
- 7 fette di pane nero
- 60gr di pate fregato, formaggio alle, formaggio fresco e tonno sott'olio
- 2 cucchiaini di ketchup
- 1 cucchiaino di pasta di acciughe e di curry e di brandy
- succo di limone.
- erbe - una tazze e mezza di maionese
Dividete in tre recipienti la maionese, aggiungete nel primo il ketchup, qualche goccia di worchester e un cucchiaino di brandy. Insaporite la seconda parte di maionese con il curry e un cocchiaino di succo di limone. Tritate finamente il tonno, lavoratelo con la terza dose di maionese e la pasta di acciughe. Spalmate la prima fetta con il pate, la seconda con la terza con il formaggio fresco, la quatra con il formaggio alle erbe e l'ultima con la salsa rosa. Sovrapponete le fette l'una sull'altra e terminate con la settima fetta. Avvolgete il tutto nella carta alluminio e tenete in frigorifero per un'ora. Tagliate a fette ale un dito e servite in un piatto da portata.
I moje mniej lub bardziej udolne tłumaczenie ;)
Składniki na 4 osoby:
- 7 kromek chleba
- po 60g pasztetu, sera z ziołami, świeżego sera i tuńczyka w oleju
- 2 łyżeczki ketchup
- po 1 łyżeczce pasty anchois, curry, brandy i soku z cytryny
- połowa filiżanki majonezu
Przygotowanie:Podzielić na trzy pojemniki majonez, do pierwszego dodać ketchup i łyżeczkę brandy. Do drugiej części majonezu dodać curry i sok z cytryny. W trzeciej tuńczyk i pasta anchois. Połączyć pierwszy sos z pasztetem, drugi z tuńczykim, trzeci z serem, czwarty z serem z ziołami i ostatni z sosem czerwonym. Nakładać tak przygotowane kromki na siebie i zakończyć siódmą kromką. Wszystko umieścić w folii aluminiowej i przechowywać w lodówce przez jedną godzinę. Pociąć wszystko na plastry na długość palca i podawać na tacy.