wtorek, 15 lutego 2011

Mój Manchester

Podczas mojego ostatniego pobytu w Manchesterze przede wszystkim miałam okazję pobyć z siostrami mojej mamy, wspaniałymi ciociami - Elą i Daną. Ciocia Ela, duch niespokojny, od kilku lat mieszka w Anglii, toteż miałam okazję już u niej przebywać. Z ciocią Daną także odbyłam niejedną podróż, niejedno widziałam i niejedną cenną radę usłyszałam (m.in. "jak coś, to po prostu rżnij głupa"- macie pojęcie jakie to jest przydatne w życiu kobiety?! :P).
Pewność zatem miałam, że wizyta w Manchesterze do nudnych należeć nie będzie, ojem się i opiję jak należy. Nie zawiodłam się. Ograniczę się jednak w swojej relacji, ku radości obu cioć jak mniemam, do minimum :>

Brak umiejętności usiedzenia na tyłku to cecha wspólna kilku przedstawicieli mojej rodziny, nie ma tu znaczenia ani wiek, ani płeć. Ale z tymi ciociami łączą mnie akurat jeszcze inne kwestie (które przemilczę, jakem obiecała!:D). Do wspólnych zainteresowań zalicza się dobra kuchnia; gotowanie i poszukiwanie smaków czy innych skrajnych doznań :P

Tu puszczam specjalne oczko do cioć i do pana Stefana ;)

Podczas ostatniego pobytu w Anglii miałam okazję przebywać nie tylko w zacnym towarzystwie ciotek, ale także spotkać się z chłopakami:


pograć z Johnem:


i pośpiewać z Elvisem:


Na skutek przemierzonych setek kilometrów (głównie po centrach handlowych - hm:>), a także po zaobserwowaniu różnych dziwnych zjawisk (tu całodzienna licytacja mięsa..) :


i po zawarciu dziwnych znajomości:


mogłam zastanowić się nad sobą, a także zmierzyć z wszelkimi obawami i stawić im czoła:


Bogatsza o te wszystkie przeżycia, po skosztowaniu chyba wszystkich gatunków ginu i whiskey (uuuuppppssss... ciiiiiiiiii) jestem w stanie wybrać z setek zdjęć te najsmaczniejsze moim zdaniem!


Oto 12 angielskich specjałów, które mi naprawdę smakowały. Choć nie jestem wielbicielką kuchnia angielskiej, zwanej uroczo przez nas "majkrołejwingiem", muszę przyznać, że niesprawiedliwością byłoby stwierdzenie, że kuchnia angielska nie jest smaczna. Daruję sobie opisywanie five o'clock (no może innym razem), czy też angielskiego śniadania. Tego ostatniego naoglądałam się pracując w Anglii w hotelowej restauracji. I stwierdzam stanowczo - pojedyncze składniki angielskiego śniadania są smaczne, ale zaserwowane razem sprawiają, że poziom mojego cholesterolu podwaja się poprzez samo patrzenie... A czy ja potrzebuję dodatkowej dawki energii? Zdecydowanie nie, a wręcz przeciwnie. (Dla ciekawskich)


Mój ulubieniec, niezmiennie od lat, to jacket potato. Taki se prosty ziemniak, ciachnięty raz a dobrze, upieczony i napakowany nadzieniem, tu z pasty tuńczykowej. Aczkolwiek to z serem cheddar jest najnajnajnajnajnananananananajelpsiejszy :) Aha, warto dodać, że ten ze zdjęcia był większy od mojej głowy, a od innej części ciała to już zdecydowanie (tak, mierzyłam, a nawet mierzyłyśmy :>).


Chutney. Korzenie nieangielskie, ale chwała tym, co chutney'a przywlekli ze sobą do Anglii. Mój faworyt? Cebulowy!
Na targu zgubiłam się (biedne dziecko), bo postanowiłam wszystkich skosztować. Efekt mojego nieoczekiwanego przystanku był taki, że "wycieczka" polazła dalej nie zważając na mą skromną osobę, ja się utytłałam chutney'em buraczanym, a pan sprzedawca spytał o moje pochodzenie (ekhm?).


Cottage pie, shepard's pie i inne pie. Mięso, ziemniaki i warzywka w formie zapiekanki. Czyli radość dla podniebienia niebywała:


Yorkshire pudding, czyli obowiązkowy dodatek do niedzielnej pieczeni. W towarzystwie mięsa, z sosem miętowym czy żurawinowym? Pycha.



Fish&chips. No comment :P


Po pierwsze to NIECH ŻYJE ANGIELSKA MUSZTARDA. Dostałam ją w paczce wraz z innymi kuchennymi sosami i przyprawami, stricte angielskimi i tymi z "pakistana". Drodzy Państwo, to jest musztarda! A po drugie to Seafood sauce, bo nie mogę znaleźć w Polsce naprawdę smacznego.


Po następne to mój nowy przyjaciel, niezbędny podczas przygotowań marynat mięsnych i gęstych, zawiesistych, aromatycznych sosów - nieco korzenny aromat, płynna konsystencja, dodatek rewelacyjnej sałatki Cezar czy Krwawej Mary (mniam razy dwa). Sos Worcester:


Łyk Shandy dobry na wszystko. Shandy to połączenie białej lemoniady i piwa w stosunku 1:1. Nie wiem na ile to angielskie, ale tak dobre, że skosztować po prostu trzeba.


A przekąska? Jeśli chipsy, to wyłącznie Walkers octowe!

Ciasteczkomania - ciasteczka we wszelkich smakach, a im słodsze, bardziej czekoladowe, karmelowe etc, tym lepsze. Po jednym ma się dość :) Na szczęście.

Pozostając przy deserach nie sposób nie wymienić bez, czyli fairy cakes. Kolorowe, delikatne i takie.. dziecięce...

Niekoniecznie angielskie, ale moje ulubione - donaty. Omijam z daleka, na wszelki wypadek ;)